AUDIOPRZEWODNIK

4.
4. Herb Macieja
5.

5. Nawa

6.

6. Prezbiterium

7.
7. Przedsionek
8.

8. Kaplica Loretańska

9.
9. Kaplica św Emeryka
10.
10. Kaplica Trójcy Świętej
11.

11.

12.
12. Kaplica św Stefana
15.
15. Brama Mariańska
13.
13. Królewski oraturium
14.

14. Kaplica Maltańska

1. Plac Trójcy Świętej

Drodzy Goście!

Witam Was serdecznie przed jednym z najsłynniejszych budynków całych Węgier – kościołem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny na Zamku w Budzie, który wszyscy znają jako Kościół Macieja. Już sama ta podwójna nazwa zdradza, jak bogata i pełna zwrotów była licząca prawie osiemset lat historia tego miejsca. Zanim wejdziemy do środka, pozwólcie, że opowiem Wam, co kryją te nazwy.

Budapeszt, jak wiecie, nie zawsze był jednym miastem. Po tej stronie rzeki znajdowała się Buda – dawna stolica królów, a po drugiej stronie Dunaju – Pest. Sama Buda pierwotnie leżała na nizinie, ale po najeździe mongolskim w XIII wieku, kiedy miasto zostało doszczętnie zniszczone, król Bela IV postanowił przenieść je w bardziej obronne miejsce – na wysokie skalne wzgórze. Tak powstał Zamek w Budzie po węgiersku Budavár, a wraz z nim także nasz kościół, nazywany odtąd „budawarskim”.

Jak w każdym mieście, i tu powstały świątynie. Nasza została poświęcona Matce Jezusa – Dziewicy Maryi, którą w dawnej węgierskiej mowie nazywano Nagyboldogasszony, czyli „Wielka Błogosławiona Pani”. Co ważne, była to świątynia parafialna – a więc zbudowana nie dla władców czy zakonników, lecz dla mieszkańców Budy. I tak jest do dziś: Kościół Macieja nie jest tylko atrakcją turystyczną, lecz nadal żywą parafią.

Skąd więc nazwa „Kościół Macieja”?

Pierwszy kościół maryjny powstał tutaj w połowie XIII wieku, ale przez kolejne stulecia zmieniał się wielokrotnie. Jednym z najważniejszych powodów przebudowy była katastrofa z roku 1384 – podczas mszy świętej runęła południowa wieża. Wtedy trzeba było odbudować praktycznie całą świątynię. Nową wieżę ukończono dopiero niemal sto lat później, w 1470 roku, już za panowania króla Macieja Korwina – jednego z najbardziej cenionych i lubianych władców węgierskich. Jego postać do dziś żyje w licznych legendach i opowieściach.

Kiedy nowa wieża była gotowa, król kazał umieścić na niej swój herb. To właśnie od niego wzięła nazwę Wieża Macieja, a z czasem cała świątynia zaczęła być nazywana Kościołem Macieja. Dziś na fasadzie widzimy już tylko wierną kopię tego herbu, ale oryginał wkrótce będzie można podziwiać w środku.

Wieża Macieja wiele przeżyła na przestrzeni wieków. Gdy Imperium Osmańskie zajęło Węgry, kościół zamieniono w meczet, a wieża pełniła rolę minaretu, z którego muezin śpiewał wezwanie na modlitwę. Był też czas, kiedy wieża wskazywała mieszkańcom Budy dokładny czas jako miejski zegar, a ponieważ była najwyższym punktem Zamku, pełniła również funkcję strażnicy ogniowej: aż do 1911 roku, dniem i nocą, straż czuwała stąd nad spokojem miasta.

Oczywiście najważniejszym zadaniem każdej wieży kościelnej jest dawanie miejsca dzwonom. W wieży Kościoła Macieja znajduje się ich sześć. Najstarszy, dzwon Trójcy Świętej, ma ponad trzysta lat – odlano go w Budzie w 1723 roku. Największy, dzwon Chrystusa, waży prawie cztery i pół tony, a jego średnica wynosi dwa metry.

Z wieży roztacza się przepiękny widok na Budapeszt, o czym możemy się przekonać sami, kupując bilet i wspinając się na taras widokowy znajdujący się na wysokości 47 metrów..

Obok Wieży Macieja znajduje się mniejsza, zwana Wieżą Béli, przypominająca stylowo czasy fundatora kościoła, króla Béli IV.

Między dwiema wieżami znajdziemy przepiękne okno rozetowe – przez stulecia ukryte za ceglaną ścianą, a odkryte dopiero podczas XIX-wiecznej przebudowy i odtworzone w pierwotnym kształcie.

Zanim jednak wejdziemy do środka, zatrzymajmy się przy głównym wejściu. Zdobienia portalu są w dużej mierze rekonstrukcją, ale zachowały się tu także niezwykle cenne, oryginalne fragmenty kamieniarki z XIII wieku. Nad drzwiami zobaczycie postać Dziewicy Maryi z Dzieciątkiem Jezus. Na Jej głowie spoczywa Święta Korona, a inskrypcja pod spodem przypomina, że Maryja jest nie tylko patronką tej świątyni, ale także całych Węgier.

2. Strona południowa

Król Maciej Korwin był związany z tym kościołem w wyjątkowy sposób – to właśnie tutaj odbyły się oba jego śluby. W 1463 roku poślubił Katarzynę z Podiebradów, a po jej śmierci, w 1476 roku, Beatrycze Aragońską. Według tradycji obie panny młode weszły do świątyni przez mniejszą bramę od strony Dunaju. Stąd do dziś nazywa się ją Bramą Panny Młodej.

Tuż obok znajduje się wieża schodowa. Jeśli spojrzycie na jej szczyt, dostrzeżecie kruka z złotym pierścieniem w dziobie. To herbowe zwierzę rodu Hunyadich, z którego wywodził się król Maciej. Umieszczono go tutaj pod koniec XIX wieku, jako wyraz hołdu dla wielkiego władcy.

Nieco ponad pół wieku po śmierci Macieja Budę zajęli Turcy. Od tego momentu, przez prawie 150 lat, kościół Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny pełnił funkcję meczetu. Gdy twierdza została odbita, świątynię przekazano jezuitom. To oni dobudowali z obu stron dwa budynki – w jednym mieściło się seminarium, w drugim kolegium. Od tamtej pory kościoła nie można było już obejść dookoła.

Po pewnym czasie zakon jezuitów rozwiązano, ale oba budynki przylegające do świątyni przetrwały jeszcze długo, a główna fasada, pozbawiona wyrazu, pozostawała taka aż do końca XIX wieku. Wtedy zapadła decyzja, by przywrócić temu zabytkowi dawną świetność. Pierwszym krokiem było usunięcie wszystkich późniejszych dobudówek – zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz.

Prace rozpoczęły się w 1873 roku pod kierunkiem architekta Frigyesa Schuleka. Zakończono je oficjalnie dopiero po 23 latach – w 1896 roku, w tysiąclecie osiedlenia się Węgrów w Kotlinie Karpackiej. To właśnie wtedy, w ramach uroczystości milenijnych obchodzonych w całym kraju, odbyła się ponowna konsekracja Kościoła Macieja. Mniejsze prace trwały jednak jeszcze na początku XX wieku.

Choć zwykło się mówić o „renowacji”, w rzeczywistości niemal cały kościół został stworzony na nowo. Schulek chciał nadać mu formę doskonałego późnogotyckiego arcydzieła. Niektóre elementy, odkryte podczas badań murów, odtworzył wiernie. Tam, gdzie brakowało oryginalnych wzorów, sięgnął po własną wyobraźnię i rozległą wiedzę – znał bowiem do najdrobniejszych szczegółów gotycką architekturę. Jego fantazja była tak swobodna, że przygotował nawet projekt dwuwieżowego, symetrycznego Kościoła Macieja!

Dziś może się to wydawać zaskakujące, że w taki sposób potraktowano średniowieczny zabytek, ale w XIX wieku obowiązywała zupełnie inna filozofia w architekturze. Już samo to, że starano się odsłonić i podkreślić wartości dawnych epok, zamiast tworzyć budowlę udającą nową, było ogromnym postępem. Nie było to zresztą zjawisko wyjątkowe – w tym samym czasie w Europie finalną formę zyskała katedra w Kolonii, fasada katedry florenckiej otrzymała bogaty wystrój, a katedra w Barcelonie wzbogaciła się o okazałe wieże.

Dzięki Schulekowi Kościół Macieja stał się zarazem jednym z najwspanialszych przykładów gotyku na Węgrzech i arcydziełem neogotyku, który odrodził średniowieczną stylistykę.

Na kolejnym etapie zwiedzania przyjrzymy się z bliska niektórym elementom tego właśnie stylu

3. Pomnik św. Stefana

Jeśli ktoś chciałby naprawdę poznać tajniki gotyckiej architektury, to na Kościele Macieja znajdzie niemal wszystkie jej elementy. Charakterystyczne są tu dwie rzeczy: po pierwsze – wszystkie elementy kończą się ostro, strzelają w górę; po drugie – fasady pokrywają misternie rzeźbione zdobienia z kamienia.

Na początku średniowiecza okna kościołów były jeszcze małe, przypominały strzelnice. Gdy jednak powstał Kościół Macieja, pojawiły się już ogromne okna o ostrych łukach, które wpuszczały światło do wnętrza. Ponieważ ściany przez to stawały się smuklejsze, trzeba je było wzmocnić solidnymi przyporami. Widzimy je niemal przy każdym oknie, szczególnie wyraźnie od strony prezbiterium wychodzącego ku Baszcie Rybackiej.

Na szczytach tych przypór znajdują się smukłe wieżyczki, zwane pinaklami. Pierwotnie miały one dociążać konstrukcję i dodatkowo ją stabilizować, ale z czasem same stały się ozdobą – podobnie jak gargulce, czyli rzeźbione, wystające z pinakli rynny odprowadzające wodę. Ich zadaniem było, aby deszczówka spływała z dachu z dala od ścian. Na Kościele Macieja pełnią już głównie funkcję dekoracyjną.

W sztuce gotyku gargulce często miały formę fantastycznych stworzeń – zwierząt albo potworów. Takie zobaczymy choćby na górnych partiach Wieży Macieja, pod i nad poziomem balkonowym, a także tuż obok, na stojącej przed nami wieży schodowej z krukiem.

Spójrzcie też na niewielką wieżyczkę z metalu, ukrytą za wieżą schodową. To tzw. wieżyczka husarska. Jej fundament nie tkwi w ziemi ani w murze, dlatego nigdy nie wykonywano jej z ciężkiego kamienia, ale z lekkiego materiału – czasem z drewna, tutaj, w przypadku Kościoła Macieja, z miedzi. Ale nie tylko ona jest ciekawa – równie niezwykły jest sam dach, na którym stoi!

Schulek Frigyes stworzył jednak nie tylko piękne dzieło architektury, ale i jego otoczenie. Po ukończeniu kościoła przebudował również stojącą obok dawną średniowieczną Basztę Rybacką, zmieniając ją w neoromański, dwupoziomowy taras widokowy. Prace zakończono w 1905 roku, a już rok później, w 1906, stanął tu pomnik konny św. Stefana, dzieło rzeźbiarza Alajosa Stróbla. Cokół zaprojektował sam Schulek, dbając o to, by idealnie współgrał z nastrojem średniowiecznego otoczenia.

Tradycja głosi, że oryginalny Kościół Macieja miał być fundacją pierwszego króla Węgier – św. Stefana. Właśnie o tym przypomina płaskorzeźba na tylnej stronie cokołu. Widać na niej długobrodego architekta, który prezentuje królowi model świątyni. Stróbl sportretował w tej postaci samego Schuleka. Rzeźbiarz uwiecznił również siebie – jako brodatego mężczyznę, który wygląda znad ramienia zakonnika trzymającego łopatę.

Co więcej, większość postaci na płaskorzeźbach wzorował na swoich współczesnych. Najłatwiej rozpoznać Franciszka Liszta, którego twarz widnieje w scenie koronacyjnej, gdzie trzyma krzyż patriarchalny. To szczególnie ważne, bo i Liszt, i koronacje ściśle wiążą się z Kościołem Macieja.

Frigyes Schulek ha creato un’opera d’arte pittoresca, componendo perfettamente non solo la chiesa ma anche i suoi dintorni. Dopo aver completato la Chiesa di Mattia, egli trasformò il semplice bastione medievale dei pescatori adiacente ad essa in una terrazza panoramica a due piani in stile neoromanico. I lavori furono completati nel 1905 e nel 1906 fu eretta la statua equestre di Re Stefano, opera di Alajos Stróbl. Anche il suo piedistallo fu progettato da Frigyes Schulek, in linea con l’atmosfera medievale dei dintorni.

La tradizione vuole che la Chiesa di Mattia sia stata fondata dal nostro primo re, Santo Stefano, e questo è ricordato nel rilievo sul retro del piedistallo. L’immagine mostra un architetto dalla barba lunga che presenta al monarca un modello dell’edificio. Alajos Stróbl ha preso come modello l’architetto Frigyes Schulek. Ma ha rappresentato anche se stesso nell’altorilievo: lui sarebbe la figura dalla testa barbuta che sbircia sopra la spalla del frate che tiene la vanga.

Infatti, la maggior parte delle figure raffigurate sul basamento sono state modellate dallo scultore sui suoi contemporanei. Il personaggio più caratteristico è probabilmente la figura di Ferenc Liszt, che regge la doppia croce sul rilievo della scena dell’incoronazione. Vale la pena ricordarlo perché non solo Ferenc Liszt, ma anche l’atto dell’incoronazione sono strettamente legati alla Chiesa di Mattia.

Sam pomnik ukazuje św. Stefana w koronie – na jego głowie widzimy Świętą Koronę Węgierską, podobnie jak na rzeźbie Maryi nad głównym portalem. Korona ta to niezwykła relikwia, zupełnie inna niż zwykłe insygnia królewskie.

Po pierwsze, każdy władca mógł ją nosić tylko raz w życiu – w dniu koronacji. Poza tym insygnia koronacyjne były przechowywane pod strażą. Tu, w Kościele Macieja odbyły się dwie takie koronacje: w 1867 roku Franciszka Józefa i w 1916 roku bł. Karola IV.

Po drugie, tylko ta korona dawała prawo do tytułu króla Węgier. Jeśli ktoś próbował koronować się inną, ceremonia była nieważna. Tak właśnie stało się w 1309 roku, kiedy Karol Robert próbował tu, w Kościele Macieja, dokonać koronacji – bezskutecznie, bo użyto niewłaściwej korony. Dopiero rok później mógł stać się prawdziwym królem, kiedy na jego głowę włożono Świętą Koronę.

A teraz wejdźmy do środka. Nasza droga prowadzi przez Bramę Maryi, pod pięknym płaskorzeźbionym tympanonem. Na razie przejdziemy pod nim tylko przelotnie – ale w drodze powrotnej zatrzymamy się, by obejrzeć go dokładniej.

4. Herb Macieja

Kiedy wchodzimy do świątyni, po lewej stronie od razu wita nas stary znajomy – herb króla Macieja. To właśnie ten herb król kazał pierwotnie umieścić na wieży, i dzięki niemu świątynia do dziś nazywana jest Kościołem Macieja. Kopię tego herbu mogliśmy zobaczyć na zewnątrz, teraz natomiast stoimy przed oryginałem. Frigyes Schulek, podczas XIX-wiecznej odbudowy, umieścił go w bardziej chronionym miejscu, ale formalnie nadal jest częścią Wieży Macieja – tylko od jej wewnętrznej strony.

W centrum herbu widzimy kruka z pierścieniem w dziobie – to znak herbowy rodu Hunyadich, z którego wywodził się król. W jednym z dolnych pól umieszczono trzy lwie głowy symbolizujące Dalmację, w drugim – lwa wspiętego, o dwóch ogonach, oznaczającego Czechy, które również należały do monarchii Macieja. Górne pola, z pasami i podwójnym krzyżem, nawiązują do dawnych królów z dynastii Arpadów. Te same znaki znajdziemy dziś w herbie Węgier.

Ponad herbem widzimy Świętą Koronę, ale wygląda inaczej niż na dzisiejszym herbie państwowym. Nic dziwnego – koronę władca nosił tylko raz w życiu, w dniu koronacji, więc niewielu ludzi mogło zobaczyć ją z bliska. Artyści polegali na domysłach i cudzych szkicach, dlatego przez długi czas przedstawiano ją właśnie w taki sposób.

Może nas też zaskoczyć napis z datą nad koroną. Trudno od razu odczytać, w którym roku ukończono budowę Wieży Macieja. Jedynka i zero są jeszcze czytelne, siódemka trochę przechylona, ale wciąż rozpoznawalna. Natomiast czwórka wygląda jak lustrzane odbicie współczesnej cyfry. Kiedy w 1470 roku ukończono wieżę, arabskie cyfry były na Węgrzech używane dopiero od kilkunastu lat.

Herb otoczony jest stylizowanym obramieniem przypominającym okno wieży. Nad nim znajduje się portret króla Macieja, a obok postacie dwóch żołnierzy z jego słynnej „czarnej armii” – legendarnej najemnej formacji. To dzieła malarza Bertalana Székelya. On i Károly Lotz odpowiadali za polichromię kościoła – większość malowideł ściennych oraz znaczną część witraży wyszła spod ich ręki.

Na pewno zauważyliście już, że we wnętrzu nie ma ani centymetra „gołej” ściany – wszystkie powierzchnie pokrywa bogata dekoracja malarska. Niestety nie wiemy, jak dokładnie wyglądały malowidła w średniowieczu. Kiedy więc w XIX wieku odnawiano świątynię, starano się inspirować zarówno odnalezionymi fragmentami, jak i wzorami z gotyckiej Europy Zachodniej, motywami ludowymi z Węgier, elementami orientalnymi, a także modnymi wówczas formami secesyjnymi. I tak nad herbem Macieja dostrzeżemy motywy celtyckich spiral, a tuż obok – dekoracje inspirowane Indiami. Pod herbem zaś ponownie pojawia się stylizowany kruk Hunyadich.

Na dole tej ściany znajduje się kamienna kropielnica, podobna jak na kolumnie po przeciwnej stronie. Katolicy przy wejściu do świątyni zanurzają w niej palce w wodzie święconej, czynią znak krzyża i skłaniają się ku ołtarzowi. Jeśli macie ochotę, możecie i Wy – a potem pójdziemy dalej w głąb kościoła

5. Nawa

Znajdujemy się teraz w głównej osi kościoła – przed nami prezbiterium, za nami główna brama, którą już oglądaliśmy z zewnątrz. To właśnie nawa, czyli przestrzeń, w której wierni uczestniczą we mszy świętej.

Po obu stronach stoją dziś rzędy ławek – wydaje nam się to naturalne, ale w średniowieczu było inaczej. Wówczas w nawach kościelnych nie było ławek: wierni stali, klęczeli, a czasem przemieszczali się w trakcie liturgii, zwracając się w różne strony, zależnie od przebiegu obrzędów. Ważną rolę odgrywały wtedy liczne ołtarze boczne i kaplice, które wkrótce obejrzymy z bliska.

Na kolumnach podtrzymujących sklepienie dostrzeżemy chorągwie. To dekoracje z 1896 roku, przygotowane na Uroczystości Milenijne, gdy Węgrzy świętowali tysiąclecie swojego osiedlenia w Niecce Karpackiej. Chorągwie symbolizują dawne prowincje Królestwa Węgier. Te, które tu widzimy, to kopie oryginałów.

Dawne ziemie Królestwa pojawiają się w świątyni nie tylko na chorągwiach. Spójrzmy w stronę chóru organowego – pod nim widnieją ich herby. Pośród nich znajdziemy także herb Budapesztu. To tarcza czwarta od prawej: dolna część przedstawia Budę, górna – Peszt, a wstęga między nimi symbolizuje Dunaj. W czasie XIX-wiecznej przebudowy to właśnie Budapeszt był formalnym patronem kościoła, a w praktyce – oznacza to, że formalnym właścicielem świątyni był magistrat miasta. Dlatego herb stolicy spotkamy w świątyni wielokrotnie.

Spójrzmy teraz na prawo – widać tu trzy duże okna, przez które, jeśli akurat świeci słońce, do wnętrza wlewa się światło. W średniowieczu w nawach kościołów okna umieszczano tylko po stronie południowej – północne ściany pozostawały zwykle puste. Te wspaniałe witraże wykonano pod koniec XIX wieku, podczas wielkiej renowacji. I szczęśliwie przetrwały drugą wojnę światową. W czasie pierwszego bombardowania Budapesztu fala uderzeniowa wybiła szyby w pobliskim kościele w Városmajor. Kiedy proboszcz Kościoła Macieja, Béla Kátay, się o tym dowiedział, kazał natychmiast zabezpieczyć i wywieźć tutejsze okna. Dzięki temu, mimo że świątynia została później kilkakrotnie trafiona w czasie walk, do dziś możemy podziwiać oryginalne, XIX-wieczne szkła. Każdy z trzech witraży to właściwie „komiks” – czyta się go nietypowo: od dołu ku górze i od lewej do prawej. Witraż środkowy ukazuje życie Najświętszej Maryi Panny, lewy przedstawia św. Małgorzatę, prawy – św. Elżbietę. Warto dodać, że obie święte były spokrewnione z fundatorem kościoła, królem Belą IV: Małgorzata była jego córką, a Elżbieta – siostrą. Każdy cykl zaczyna się w lewym dolnym rogu sceną narodzin świętej, a kończy w prawym górnym rogu jej uwielbieniem: Małgorzata i Maryja unoszą się do nieba, a św. Elżbietę wydobywają z grobu. Projektanci doskonale wykorzystali dostępną przestrzeń – nawet mniejszy witraż św. Małgorzaty, umieszczony nad Bramą Panny Młodej, zawiera 12 scen, tak jak większe okna obok. Spójrzmy też na dolne partie witraży. Na witrażu maryjnym widnieją herby władców, którzy brali udział w budowie świątyni: Béli IV, Ludwika Wielkiego, Zygmunta Luksemburskiego i oczywiście Macieja. Na witrażu św. Elżbiety znajdziemy już postacie związane z XIX-wieczną przebudową: w centrum Franciszka Józefa i cesarzową Elżbietę, a na bokach – herby Węgier i Budapesztu.

W nawie niemal wszystkie malowidła poświęcone są Maryi, patronce kościoła. Jeśli spojrzymy w stronę wejścia, nad portalem i herbem Macieja zobaczymy okrągłe medaliony z obrazami i napisami. Podobne znajdują się po drugiej stronie chóru organowego. Razem tworzą cykl – są to wersy modlitwy maryjnej, różańcowe tajemnice zilustrowane malowidłami.

Na ścianach między oknami także znajdziemy fragmenty modlitw maryjnych, które ilustrują kolejne freski. Tu Maryja pojawia się jednak w sposób szczególny – jako obraz w obrazie. Bertalan Székely przedstawił bowiem słynny cudowny wizerunek Matki Bożej z Máriapócs.

Na północnej ścianie, naprzeciwko okien, zobaczymy trzy największe malowidła. Wszystkie ukazują Maryję jako opiekunkę Węgier.

Na pierwszym wspiera króla św. Stefana,
na drugim – Ludwika Wielkiego,
a trzecie przedstawia legendę związaną bezpośrednio z Kościołem Macieja.
Gdy Turcy zdobyli Budę, wszystkie przedstawienia ludzi – posągi i obrazy – zostały zniszczone. Tylko jedna figura Madonny miała zostać zamurowana i ocalała. Kiedy po półtora wieku wojska chrześcijańskie rozpoczęły oblężenie, pierwsze wystrzały artylerii odsłoniły ukrytą rzeźbę. Jej nagłe pojawienie się miało wywołać panikę wśród obrońców twierdzy, którzy nie zdołali jej długo utrzymać.
Na tych malowidłach – jak i na innych obrazach Lotza Károlya – Maryja przedstawiona jest w sposób rzeźbiarski, monumentalny, pełen godności. Warto zapamiętać to ujęcie, bo jeszcze nieraz spotkamy je w dalszej części kościoła.

6. Prezbiterium

Przed nami znajduje się najważniejsza część świątyni – prezbiterium. To tutaj odbywają się wszystkie najważniejsze obrzędy. Właściwie cała reszta kościoła, choćby była najpiękniejsza i największa, jest tylko dopełnieniem tej przestrzeni. Prezbiterium Kościoła Macieja ma kilkaset lat i zachowało wiele elementów, których próżno szukać w nowo powstałych kościołach. Po pierwsze – jest zwrócone ku wschodowi, tak jak wszystkie średniowieczne świątynie. Choć dziś na Wzgórzu Zamkowym Kościół Macieja jest jedynym czynnym kościołem katolickim, ruiny pozostałych również dowodzą, że były bez wyjątku orientowane na wschód – czyli ku Dunajowi. W centrum prezbiterium widzimy przepiękny neogotycki ołtarz główny, zaprojektowany przez Frigyesa Schuleka. Przedstawiono na nim postać patronki kościoła – Najświętszej Maryi Panny – oraz sceny z Jej życia. Ponad głową Maryi znów pojawia się Święta Korona – tym razem w formie wiernej kopii. Tradycja mówi, że w roku 1000 papież przesłał koronę św. Stefanowi, pierwszemu królowi Węgier. Z okazji tysiąclecia tego wydarzenia, w 2000 roku, pielgrzymi zanieśli wierną kopię korony papieżowi Janowi Pawłowi II, który ją pobłogosławił. Po powrocie do Budapesztu umieszczono ją właśnie na tym ołtarzu. Sam Jan Paweł II był zresztą gościem Kościoła Macieja – siedząc tutaj, na krześle biskupim obok ołtarza, przemawiał do kleryków i zakonników. Bywał tu także Pius XII, jeszcze jako kardynał. W prezbiterium znajdziemy też inne miejsca siedzące, sięgające średniowiecznych tradycji. Najbliżej widzimy stalle – ławki chórowe, w których podczas mszy zasiadali duchowni różnego stopnia. Nad nimi stoją świeczniki wykonane z oryginalnej ceramiki Zsolnaya – zaprojektowane pod koniec XIX wieku, ale świeże w formie, niemal jak współczesne. Przestrzeń prezbiterium oddziela od reszty świątyni niskie ogrodzenie – balustrada komunijna. W nowych kościołach takich elementów już się nie buduje, a w starszych w większości je zlikwidowano. Tutaj przetrwała jako cenny zabytek.

Dawniej kapłan stał przy ołtarzu zwrócony w tym samym kierunku, co wierni. W XX wieku przywrócono jednak starochrześcijańską tradycję – kapłan odprawia mszę zwrócony twarzą do ludu. Wtedy w kościołach na całym świecie zaczęto likwidować balustrady komunijne i ustawiać tzw. ołtarze versus populum – proste stoły, przy których celebrans stoi tyłem do ołtarza głównego, twarzą do zgromadzonych.

W Kościele Macieja taki ołtarz ustawiono już w 1964 roku – był drewniany i służył wiernym przez pół wieku. Obecny, wykonany z piaskowca według projektu Zoltána Deáka, powstał w 2013 roku, po zakończeniu wielkiej renowacji kościoła. To dzieło jest zarazem świeże, współczesne, a jednocześnie dzięki swojemu pełnemu godności wyglądowi doskonale wpisuje się w ośmiusetletnią historię kościoła. Jego centralny filar symbolizuje Chrystusa, a 12 bocznych kolumn – apostołów. Wewnątrz złożono relikwie świętych związanych z początkami państwa węgierskiego: św. Stefana, bł. Gizeli, św. Emeryka, św. Gerarda i św. Wojciecha.

Obok nowego ołtarza stoją potężne brązowe świeczniki. W rzeczywistości są cztery – dwa tu, przy ołtarzu versus populum, a dwa przy głównym ołtarzu. Oryginały znajdują się dziś w Hagia Sophii w Stambule. Zostały wywiezione z Budy przez sułtana Sulejmana – być może właśnie z tego kościoła. Kopie ustawiono tu w 2006 roku, w 320. rocznicę odzyskania Budy.

Spójrzmy teraz w górę. Nad nami rozpościera się piękne gotyckie sklepienie żebrowe. Wygląda tak, jakby kolumny były pniami drzew, a żebra sklepienia ich gałęziami. Niebieskie pola układają się w kształt wielkiego krzyża. Schulek chciał tym nawiązać do faktu, że pierwotnie sklepienie było wyższe, a dopiero pod koniec średniowiecza obniżono je, by wyrównać poziomy.

W samym centrum przecięcia osi kościoła wisi wspaniały żyrandol. To już element współczesny – podobnie jak nowy ołtarz, jest dziełem sztuki użytkowej naszych czasów. Choć Kościół Macieja niemal w każdym szczególe i wyposażeniu zachowuje stan, jaki nadał mu pod koniec XIX wieku Frigyes Schulek, w tym miejscu widzimy już współczesne dzieło sztuki użytkowej.

Widzimy nad nim symbole czterech ewangelistów: anioła (Mateusz), lwa (Marek), wołu (Łukasz) i orła (Jan). Każdy z nich trzyma księgę, symbol Pisma Świętego. Te znaki są wszechobecne w sztuce katolickiej – w tym kościele spotkamy je jeszcze wielokrotnie.

Zanim opuścimy spojrzeniem sklepienie, zerknijmy w stronę chóru organowego. Na jednym ze zworników dostrzeżemy rzeźbę Matki Bożej z Dzieciątkiem. To kopia średniowiecznego wzoru, wykonana na zlecenie Schuleka. Zwornik – ostatni element umieszczany przy budowie sklepień – spina całość konstrukcji, dlatego stał się także symbolem Chrystusa.

Spójrzmy teraz w prawo – na ambonę. To ozdobny balkon wsparty na kolumnie, z którego głoszono kazania. Dawniej nie było nagłośnienia, więc ksiądz stawał tu, by wszyscy lepiej słyszeli. Ponieważ ambona służyła do głoszenia Ewangelii, na jej balustradzie również przedstawiono czterech ewangelistów wraz z ich symbolami: anioł (Mateusz), lew (Marek), wół (Łukasz) i orzeł (Jan).

Na gotyckich ambonach, obok czterech ewangelistów, bardzo często pojawia się także czterech Ojców Kościoła. Byli to wielcy nauczyciele i myśliciele pierwszych wieków chrześcijaństwa, dlatego ich obecność tutaj, na miejscu z którego kapłan głosił kazania, jest w pełni uzasadniona.
Każdy z nich ma swój rozpoznawalny symbol, podobnie jak ewangeliści: św. Hieronim przedstawiany jest z lwem u stóp – tak jak ewangelista Marek, przy św. Augustynie widzimy małego chłopca czerpiącego łyżką wodę z morza – to nawiązanie do słynnej legendy o tajemnicy Trójcy Świętej, św. Ambroży pojawia się zawsze z ulem – symbolem jego wymowy i mądrości, a św. Grzegorz Wielki, papież, towarzyszy mu gołębica – znak Ducha Świętego.

7. Przedsionek

Stając teraz pod chórem organowym, możemy dobrze dostrzec różnicę między sposobem myślenia ludzi średniowiecza a epoki nowożytnej – czyli między gotykiem a neogotykiem. Średniowieczne kościoły powstawały stopniowo, przez całe stulecia. Dodawano do nich nowe elementy, rozbudowywano je, a efekt końcowy bywał nieregularny, asymetryczny, ale dla ówczesnych wiernych nie stanowiło to żadnego problemu – widzieli w tym piękno. W XIX wieku było inaczej: człowiek tej epoki cenił symetrię, regularność i „doskonałość”.

Zobaczmy więc, jak podczas XIX-wiecznej przebudowy próbowano ukryć te średniowieczne „niedoskonałości”.

Już sama główna brama nie leży w osi kościoła, a nawet w stosunku do łuku nad nią jest przesunięta. Malarz Bertalan Székely rozwiązał to wizualnie – umieścił po bokach dwa anioły, których skrzydła wydają się symetryczne: jedno wystaje przed wstęgę z napisem, drugie chowa się za nią. Podobne rozwiązanie znajdziemy przy Bramie Marii, przez którą wchodziliśmy do świątyni. Jej bliźniacze drzwi też nie są w centrum – Schulek zrównoważył to asymetrycznymi schodami.

Jeszcze ciekawsze jest okrągłe okno obok głównej bramy. Pierwotne małe okienko również nie było w osi, więc przebudowa polegała na wycięciu od środka dużej rozety i połączeniu obu otworów serią coraz większych okręgów. Efekt jest tak zaskakujący, że mógłby należeć nawet do architektury XX wieku.

Sam motyw okna dopełnia malowidło: witraż przedstawia Baranka Bożego, spod którego nóg wypływają cztery źródła. Malowidło na ścianie kontynuuje ten motyw – woda „spływa” malarsko po ramach okiennych.

Przyjrzyjmy się też obrazowi obok, w dolnej części Wieży Béli. To scena historyczna upamiętniająca rok 1456, kiedy wojska węgierskie pod dowództwem Jana Hunyadiego obroniły Belgrad przed turecką przewagą. Zwycięstwo to dało początek tradycji dzwonienia w południe – dźwięku, który codziennie wzywał chrześcijan do modlitwy. Choć w rzeczywistości papieska bulla wzywająca do modlitwy ukazała się jeszcze przed bitwą, pamięć historyczna połączyła oba wydarzenia.

Na obrazie Károlya Lotza widzimy trzy sceny: po lewej samą walkę, z Janem Kapistranem prowadzącym chrześcijańskich żołnierzy, u góry decyzję papieża, a po prawej ogłoszenie bulli. Nawet w tej historycznej kompozycji obecna jest Matka Boża – Jej postać widzimy na sztandarze za klęczącym Hunyadim.

Wokół głównej bramy znajdujemy też jedne z najstarszych elementów świątyni. Na zewnątrz widzieliśmy już kamienne fragmenty z XIII wieku, a tutaj – między portalem a rozetą – znajduje się wyjątkowy kapitel. Dwaj zakonnicy wskazują na księgę, zapewne Biblię. To najstarsza gotycka rzeźba w całym Budapeszcie, która zachowała się na swoim oryginalnym miejscu.

Dlaczego przetrwała, skoro większość innych rzeźb została zniszczona i w XIX wieku zastąpiona kopiami? Otóż podczas dawnych przebudów ten kapitel został po prostu zamurowany i w ten sposób przetrwał wieki, aż odkryto go i odrestaurowano w XIX stuleciu. Schulek wiedział, że ma do czynienia z bardzo starym fragmentem, dlatego również dekorację Wieży Béli zaprojektował w stylu XIII wieku. Z tego samego powodu tutejsza chrzcielnica utrzymana jest w stylu romańskim, starszym od gotyku.

Jej usytuowanie ma znaczenie symboliczne. Stoi na osi rozety, tak jakby źródła wypływające spod nóg Baranka Bożego zasilały wodę chrzcielną. A jednocześnie – zgodnie ze średniowiecznym zwyczajem – znajduje się tuż przy głównym wejściu. W dawnych czasach nikt nieochrzczony nie mógł wejść do kościoła, nawet niemowlęta. Dlatego przy wielu świątyniach budowano osobne baptysteria. Później zwyczaj złagodniał i chrzcielnice stawiano w przedsionkach.

Na koniec spójrzmy na lewą stronę, naprzeciw obrazu z dzwonem południa. Pod przedstawieniem Madonny z płaszczem znajduje się wejście do Kaplicy Loretańskiej. Zanim tam wejdziemy, zwróćmy uwagę na filary przy wejściu. Nad kropielnicą, między rzeźbionymi liśćmi, spoglądają na nas ludzkie głowy. To także oryginalne średniowieczne rzeźby, młodsze jednak o około 200 lat od zakonników wskazujących na księgę.
Wieżę Macieja, jak czytaliśmy na herbie przy wejściu, ukończono w 1470 roku. Mniej więcej w tym samym czasie powstały także te rzeźbione kapitele.

Istnieje tradycja, według której przedstawiają one Jana Hunyadiego oraz jego dwóch synów: László i Macieja. Jednak historycy podchodzą do tego sceptycznie – mało prawdopodobne, by tak dumny władca jak król Maciej kazał umieścić wizerunek swój i swojej rodziny w tak ukrytym, mało eksponowanym miejscu.

8. Kaplica Loretańska

Z kaplicą Loretańską wiąże się piękna średniowieczna legenda. Według niej, gdy krzyżowcy opuszczali Ziemię Świętą, dom Najświętszej Maryi Panny został przeniesiony przez aniołów – najpierw do Dalmacji, która wówczas należała do Królestwa Węgier, a stamtąd do Włoch.

Opowieść ta ma jednak także realne podstawy. Maleńki domek został przewieziony przez rodzinę Angeli – a jej nazwisko po węgiersku oznacza właśnie „aniołów”. Dziś ów domek znajduje się w miejscowości Loreto we Włoszech, a nad nim wznosi się potężna bazylika. Na jego wzór wznoszono później w Europie Środkowej liczne kaplice, w których umieszczano kopię słynnej czarnej figury – Madonny Loretańskiej. Jedną z takich kaplic zbudowano także tutaj, w Kościele Macieja, ponad 300 lat temu, jeszcze w czasach jezuitów – w przyziemiu wielkiej wieży.

Każdy element tej kaplicy odwołuje się do Maryi i do owego cudownego domu. Na ścianach widzimy stylizowane litery M, symbole imienia Maryi. Między nimi pojawiają się motywy owocu i kwiatu: granatu, który dzięki niezliczonym pestkom symbolizuje cnoty i miłosierdzie Matki Bożej, oraz róży bez kolców – znak, że jest wolna od grzechu pierworodnego. Nad wejściem wisi malowidło ukazujące cudowny domek unoszony przez aniołów ponad morzem, z Maryją i Dzieciątkiem w środku.

Ten sam motyw, w uproszczonej formie, znajdziemy także na szczycie ołtarza. Obrazy ołtarzowe ukazują sceny z życia Maryi, a w centrum umieszczono kopię cudownej figury Loretańskiej – wykonaną w XVIII wieku. To niezwykłe, bo oryginał figury spłonął w pożarze w 1921 roku. Oznacza to, że właśnie tutaj, w Kościele Macieja, możemy zobaczyć starszą rzeźbę niż tę, którą dziś czci się w Loreto.

W predelli, u dołu ołtarza, widzimy jeszcze jedno przedstawienie: chustę św. Weroniki. Według tradycji, Weronika otarła twarz Jezusa, gdy niósł krzyż, a na chuście w cudowny sposób pozostało Jego oblicze. Co ciekawe, ten motyw spotkamy jeszcze kilkakrotnie w kaplicach Kościoła Macieja.

Naprzeciw wejścia, w niszy okiennej, znajduje się piękna, stara figura Madonny. Przez wieki narosło wokół niej wiele opowieści. Jedna mówiła, że to właśnie ta figura została zamurowana przed Turkami i ukazała się na nowo, gdy podczas oblężenia Buda kula armatnia zburzyła mur – budząc przerażenie wśród obrońców. Ta historia była nam już znana z malowideł w nawie.

Inne legendy opowiadały, że król Władysław II kazał ją wznieść na pamiątkę ocalenia z zamachu. Albo że wykonał ją prosty pasterz, któremu Matka Boża ukazała się we śnie. Jeszcze inna wersja mówiła, że w czasach jezuitów, gdy stała jeszcze w nawie, Madonna raz skłoniła głowę w stronę odprawiającego mszę zakonnika.

Jak było naprawdę? Rzeźba pochodzi raczej z początku XVIII wieku, a więc już z czasów po tureckim panowaniu. Jeśli więc niezwykłe wydarzenia miały miejsce, to raczej z udziałem innej figury. Ciekawostką jest to, że choć całość wykonano z kamienia, berło Madonny powstało z drewna i dodano je później.

Ta charakterystyczna Madonna z berłem pojawia się także na obrazach w nawie – widzieliśmy ją już u boku św. Stefana, Ludwika Wielkiego i nawet w scenie z przerażonymi Turkami. Wróćmy teraz właśnie do tych malowideł i przyjrzyjmy się kaplicom zbudowanym pod nimi.

9. Kaplica św. Emeryka

Kaplica, w której się znajdujemy, przez długi czas była związana z jednym z najważniejszych rodów węgierskich – Zichy. Już od XVIII wieku pełniła dla nich rolę kaplicy grobowej, a później, w XIX stuleciu, rodzina ta wsparła ogromną kwotą wielką przebudowę Kościoła Macieja. Dlatego właśnie ta kaplica do dziś zachowuje ich pamięć.

Na ołtarzu i na neogotyckich ławkach możemy dostrzec herb Zichych – koronę, z której wyrastają poroża jelenia, a między nimi krzyż. Nad ławkami, na ścianach, zobaczymy sceny z życia św. Franciszka – nie przypadkiem, bo w czasach przebudowy głową rodu był mężczyzna o imieniu Franciszek.

Spośród trzech wielkich malowideł ściennych warto przyjrzeć się szczególnie temu po lewej stronie. Przedstawia ono moment, w którym św. Franciszek otrzymuje stygmaty Chrystusa. Zwykle ukazuje się to tak, że czerwone linie łączą rany Zbawiciela z ranami zakonnika. To jedna z nielicznych scen, w których Chrystusa przedstawia się nie w ludzkiej postaci, lecz jako sześcioskrzydłego serafina.

Patronem tej kaplicy jest jednak nie św. Franciszek, ale św. Emeryk, młodo zmarły węgierski książę i syn św. Stefana. Jego posąg stoi w centrum ołtarza. Po bokach widzimy jego ojca – króla Stefana, fundatora Królestwa Węgier – oraz wychowawcę Emeryka, św. biskupa Gerarda.

Boczne części ołtarza ukazują sceny z życia Emeryka. I tu kryje się ciekawostka. Frigyes Schulek, projektując całe wnętrze kościoła, trzymał się konsekwentnie historyzującego, neogotyckiego stylu. Tutaj jednak musiał zrobić wyjątek. Malowidła na skrzydłach ołtarza są bowiem dziełem wielkiego malarza romantycznego – Mihálya Zichyego. W tamtym czasie był on nadwornym artystą cara w Petersburgu i stamtąd przesłał do Budapesztu swoje akwarele przeznaczone do Kościoła Macieja. Daru takiego rodu jak Zichy nie można było odrzucić, niezależnie od stylu – i tak w świątyni pojawiły się romantyczne obrazy.

Mamy tu do czynienia z prawdziwym ołtarzem skrzydłowym. Oznacza to, że boczne panele można otwierać i zamykać jak drzwi szafy. W zależności od okresu liturgicznego jedne sceny były zasłaniane, a inne odkrywane. Jeśli podejdziemy bliżej, zobaczymy zawiasy – po trzy z każdej strony – na których skrzydła się obracają.

10. Kaplica Trójcy Świętej

Wnętrze tej kaplicy zdominowane jest przez okazały grobowiec: tutaj spoczywa król Węgier Bela III oraz jego małżonka, Anna z Châtillon, znana także jako Anna Antiocheńska. To miejsce szczególne z dwóch powodów. Po pierwsze – tylko nieliczne groby średniowiecznych władców węgierskich znamy dziś z całą pewnością. Po drugie – ten sam król Bela III, który tu spoczywa, nie mógł być związany z tym kościołem za życia, bo świątynia powstała dopiero za panowania jego wnuka, króla Béli IV.

Jak więc szczątki monarchy i jego żony trafiły właśnie tutaj?

Pierwotnie większość władców węgierskich była chowana w Székesfehérvárze. Niestety, ich groby zostały później splądrowane, a szczątki wymieszane, tak że dziś bardzo trudno je zidentyfikować. Tylko grób Béli III i Anny przetrwał w nienaruszonym stanie przez wieki. Sarkofagi odkryto w roku 1848, a niedługo później królewskie szczątki przeniesiono tutaj, do kościoła Najświętszej Maryi Panny na Wzgórzu Zamkowym.

Podczas XIX-wiecznej przebudowy przygotowano dla nich godny grobowiec – sfinansowany zresztą przez samego cesarza Franciszka Józefa. Nagrobek wykonano z wapienia w stylu neoromańskim, a więc nawiązującym do epoki, w której żył Bela III. Rzeźbiarze starali się możliwie wiernie odtworzyć królewską parę: uwzględniono wszystkie przedmioty znalezione w grobie (ich oryginały znajdują się dziś w Muzeum Narodowym), a nawet wzrost postaci odpowiada wymiarom szczątków – król mierzył 192 cm, królowa około 150 cm.

Nad postaciami wznosi się bogaty relief przedstawiający Niebieskie Jeruzalem, tronującego Chrystusa, Dwunastu Apostołów i symbole czterech ewangelistów – które to motywy spotkaliśmy już wcześniej w kościele.

Dla Węgrów miało to również wymiar polityczny. Franciszek Józef, który jako cesarz Austrii w 1849 roku stłumił węgierskie powstanie, długo był postrzegany jako ciemiężyciel. Dopiero po kompromisie z 1867 roku został koronowany na króla Węgier. Stawiając ten grobowiec, chciał pokazać, że jest prawowitym spadkobiercą dawnych monarchów. Świadczą o tym chociażby boczne tablice – na jednej z nich widzimy drzewo genealogiczne, które prowadzi cesarską linię aż do samego księcia Árpáda z IX wieku, legendarnego protoplasty władców Węgier.

Choć uwagę przyciąga przede wszystkim grobowiec, nie wolno zapomnieć o ołtarzu tej kaplicy. To bowiem niezwykła pamiątka – jedyny średniowieczny ołtarz w całym kościele. Wszystkie inne wyposażenia z czasów gotyku zniszczyli Turcy. Ten natomiast, tzw. ołtarz skrzydłowy, pochodzi z XV wieku i pierwotnie znajdował się w górnowęgierskim miasteczku Felsőerdőfalva. W XIX wieku podarowano go do nowo odrestaurowanego kościoła na Wzgórzu Zamkowym – i dzięki niemu możemy sobie wyobrazić, jak mógł wyglądać wystrój wnętrza w czasach króla Macieja.

W centrum ołtarza widzimy niezwykłe, dziś rzadko spotykane przedstawienie Trójcy Świętej. Warto zwrócić uwagę na tron – artysta, nieznany nam z imienia, ukazał go już w nowoczesny jak na tamte czasy sposób, z zachowaniem zasad perspektywy.
Na skrzydłach bocznych widzimy postacie świętych: w górnej partii św. Jana Apostoła – zawsze z gładką, młodzieńczą twarzą – oraz św. Jana Chrzciciela w szorstkiej włosiennicy. W dolnej części ołtarza stoją natomiast św. Piotr z kluczem i św. Paweł z mieczem.

11. Kaplica św. Władysława

Święty Władysław, jeden z najbardziej czczonych władców Węgier, był w średniowieczu niezwykle popularnym bohaterem malowideł. Dlatego też podczas XIX-wiecznej renowacji zdecydowano, że jego kaplica w kościele Macieja będzie ozdobiona freskami ukazującymi właśnie sceny z jego życia.

Na bocznych ścianach widzimy trzy przedstawienia: na górze cudowne wybicie źródła, po prawej fundację kościoła w Wielkim Varadzie (dzisiejszym Oradea),
a po lewej słynną bitwę pod Cserhalom.

Ta ostatnia scena ukazuje najgłośniejszy epizod z walk: według legendy pewien wojownik pieczyngowski porwał dziewczynę i usiłował uciec z nią po bitwie. Władysław jednak go dogonił i w pojedynku pokonał. Fresk namalował znany artysta Károly Lotz.

Nad ołtarzem zobaczymy wydarzenia pośmiertne związane z królem. Tradycja głosi, że ciało Władysława początkowo chciano złożyć w Székesfehérvárze – tak jak większość władców średniowiecznych. Jednak wóz wiozący jego trumnę sam, bez ludzkiej pomocy, ruszył w stronę Wielkiego Varadu – i tam też ostatecznie go pochowano.

Na kolejnym obrazie widzimy jego kanonizację. Gdy otwarto sarkofag króla, znaleziono część ciała w nienaruszonym stanie – Lotz jednak przedstawił tu całe ciało nietknięte. Obok stoi król Bela III, którego grobowiec oglądaliśmy przed chwilą. To właśnie na jego prośbę papież Celestyn III ogłosił Władysława świętym. Widzimy tu więc razem: dwóch królów i papieża, a nad nimi ich portrety wpisane w kompozycję.

Zaskakujący jest też trzeci fresk. Ukazuje on zwyczaj, który długo praktykowano: pielgrzymi przybywali do grobu świętego Władysława, aby składać uroczyste przysięgi. Wierzono bowiem, że kto odważy się skłamać przy jego grobie, tego spotka śmierć.

Zanim wejdziemy do zakrystii, która otwiera się po naszej lewej stronie i prowadzi dalej do największej kaplicy całego kościoła, zatrzymajmy się na chwilę i spójrzmy w górę, na napis nad wejściem. Upamiętnia on koronację Franciszka Józefa i cesarzowej Elżbiety – znanej wszystkim jako Sisi – z roku 1867. Warto zapamiętać to miejsce – nie bez powodu wybrano właśnie tę kaplicę, by umieścić tu ten napis.

12. Kaplica św. Stefana

Kościół Macieja to świątynia koronacyjna. Podczas naszej wędrówki widzieliśmy już, że obok patronki – Matki Bożej – szczególne miejsce zajmują tutaj wizerunki świętych i królów węgierskich. Oglądaliśmy grobowiec Béli III, herby Béli IV, Ludwika Wielkiego, Zygmunta Luksemburskiego i Macieja Korwina, kaplice św. Władysława i św. Emeryka, barwne witraże z życiem św. Elżbiety i św. Małgorzaty, a także liczne nawiązania do koronowanych tu Franciszka Józefa i cesarzowej Elżbiety, czyli Sisi. Nic więc dziwnego, że szczególnie godnie chciano upamiętnić także najważniejszego króla – świętego Stefana, założyciela państwa.

Ta kaplica pierwotnie należała do rodu Garai, ale podczas XIX-wiecznej przebudowy Frigyes Schulek nadał jej formę prawdziwego neogotyckiego arcydzieła. Przestrzeń jest tak okazała, ponieważ planowano tutaj umieścić jedną z najcenniejszych węgierskich relikwii – Świętą Prawicę, czyli zachowaną rękę św. Stefana.

Ostatecznie do tego nie doszło – relikwia przez długi czas znajdowała się w kaplicy pałacu królewskiego w Budzie, a dziś można ją zobaczyć w bazylice św. Stefana w Peszcie. Kaplica jednak powstała i jej dekoracja wyraźnie zdradza, jaką funkcję jej przeznaczono: malowidła ścienne przedstawiają życie i kult św. Stefana.

Nad wejściem widzimy obrazy ukazujące Stefana jako wychowawcę syna, budowniczego państwa i dobrego chrześcijanina. Najwyżej znajduje się jego najczęściej przedstawiana scena – ofiarowanie Węgier Matce Bożej.

Na ścianie bocznej ukazany jest jako wojownik, a kolejne przedstawienia dotyczą już jego grobu. Na jednym aniołowie śpiewają nad sarkofagiem, na innym obserwujemy cudowne uzdrowienie lub wskrzeszenie dokonane za jego wstawiennictwem, a jeszcze na innym – wydobycie z trumny zachowanej dłoni, czyli Świętej Prawicy. Obok sarkofagu stoi król z aureolą – to święty Władysław.

W oknach pojawiają się święci związani z Węgrami. Większość z nich spotkaliśmy już w nawie i kaplicach, ale zobaczymy tu też rzadziej przedstawiane postacie, jak chociażby króla o nieszczęśliwym losie, Błogosławionego Salomona.

Ciekawostką jest sposób opisania postaci: podpisy na witrażach nie stosują ówczesnych oficjalnych tytułów kościelnych, lecz węgierską tradycję. Święta Małgorzata została kanonizowana dopiero w 1943 roku, a święta Kinga w 1999 roku – tymczasem już na witrażach z końca XIX wieku widnieją jako „święte”.

Wychodząc z kaplicy, stajemy przed wyjątkową, sześciokątną klatką schodową, ozdobioną ażurową, neogotycką balustradą. To część zmian wprowadzonych podczas wielkiej przebudowy w XIX wieku, kiedy podkreślono rolę kościoła jako świątyni koronacyjnej. Król i rodzina królewska musieli mieć w niej swoje osobne miejsce – dlatego przygotowano dla nich również osobne wejście i odrębne schody.
Zobaczmy teraz, dokąd one prowadzą!

13. Królewskie oratorium

Wchodząc po schodach i skręcając w lewo, trafiamy do niezwykłego pomieszczenia, którego balkon wychodzi bezpośrednio na prezbiterium. To tzw. królewskie oratorium, skąd rodzina królewska mogła uczestniczyć w nabożeństwie. Architektonicznie można je porównać do dawnych teatrów i oper – do loży honorowej, usytuowanej tuż obok sceny.

Choć pod koniec XIX wieku kościół Macieja przebudowano specjalnie na świątynię koronacyjną, ostatecznie odbyła się tu tylko jedna koronacja – w 1916 roku, kiedy błogosławiony Karol IV i królowa Zita przyjęli koronę. Właśnie stąd, z tego oratorium, całej ceremonii przyglądał się czteroletni wówczas następca tronu – Otto von Habsburg. Nigdy sam królem nie został, ale jako polityk europejski, świetnie mówiący po węgiersku, przez swoje długie życie – aż 98 lat – wiele zrobił dla naszej ojczyzny.

Królewskie oratorium łatwo rozpoznać także z zewnątrz – wystarczy, wychodząc z kościoła, spojrzeć na Halászbástyę. Między jego oknami stoją figury św. Franciszka z Asyżu i św. Elżbiety z Turyngii – patronów panującej wówczas pary królewskiej: Franciszka Józefa i cesarzowej Elżbiety (Sisi).

Z balkonu oratorium możemy dokładniej przyjrzeć się prezbiterium. Oprócz stalli – czyli chórowych ławek dla duchowieństwa – znajdują się tam dwa okazałe, wyróżnione miejsca. Na jednym z nich widnieje herb rodu Zichy – korona, poroże jelenia i krzyż – tej samej rodziny, którą spotkaliśmy już w kaplicy św. Emeryka, a która hojnie wsparła XIX-wieczną przebudowę kościoła. Drugie miejsce należało do fundatora i opiekuna świątyni. W tym czasie był nim Budapeszt, stąd na oparciu widnieje herb miasta: z koroną św. Stefana, gryfem i lwem.

Okna prezbiterium wypełniają witraże przedstawiające najważniejszych świętych związanych z kościołem, miastem, krajem i rodziną królewską. Wielu z nich poznaliśmy już wcześniej, ale tutaj pojawiają się również postacie nowe. Na południowej ścianie zobaczymy np. św. Franciszka Ksawerego – nie tylko dlatego, że był jezuitą, lecz także dlatego, że uchodzi za patrona Budy. Witraż przedstawia także św. Marcina z Tours, urodzonego w Panonii, który jest patronem całych Węgier.
Pod wizerunkami świętych znajdziemy herby darczyńców, którzy ufundowali te witraże. Jeśli przyjrzymy się im dokładniej, dostrzeżemy kilka naprawdę ciekawych szczegółów. Na herbie opata Flórisa Rómera widnieje duży napis BÉKE otoczony sercami – słowo to oznacza „pokój”. Jeszcze bardziej niezwykły jest herb opata Ferenca Ebenhöcha: przedstawia dziwną drewnianą konstrukcję toczącą się po polu. Rozwiązanie tej zagadki kryje się w samym nazwisku opata – Ebenhöch znaczy bowiem „wieża oblężnicza”.

14. Kaplica Maltańska

Już wchodząc do oratorium, mogliśmy zauważyć, że ściany królewskiej klatki schodowej pokryte są herbami. Ta tradycja trwa do dziś – bowiem zwyczajem jest, że po śmierci węgierskich kawalerów maltańskich umieszcza się tutaj ich tarcze herbowe. Związek Kawalerów Maltańskich na Węgrzech powstał w 1928 roku z inicjatywy arcyksięcia Józsefa Habsburga, lecz już rok wcześniej konsekrowano w oratorium właśnie Kaplicę Maltańską.

Malowidło ścienne w kaplicy jest starsze – pochodzi jeszcze z wielkiej przebudowy końca XIX wieku. Dziś może nas zdziwić, że ukazano na nim panującego wtedy króla w realistyczny sposób. Po obu stronach Matki Bożej klęczą Franciszek Józef i cesarzowa Elżbieta – Sisi, a obok nich widzimy dwóch duchownych – Jánosa Simora i Jánosa Ranoldera, którzy koronowali ich w 1867 roku.

To malowidło pięknie wpisuje się w cykl historycznych obrazów, jakie oglądaliśmy już w nawie kościoła. Maryja ukazana jest tutaj dokładnie tak samo centralnie, jak na freskach z królem Stefanem, królem Ludwikiem czy cudownie ocalałą Madonną zza muru. Wszystko to podkreśla ideę, że Franciszek Józef – ukazany w płaszczu św. Stefana i z koroną św. Stefana na głowie – jawi się jako prawowity i godny następca dawnych królów Węgier.
Choć wierni mogli widzieć to malowidło tylko z oddali i częściowo, inskrypcja na balustradzie empory – ta sama, którą mijaliśmy nad wejściem do zakrystii – wyraźnie zwraca uwagę na jego treść.
Ołtarz kaplicy zdobi obraz z XVIII wieku. Nie wiemy dokładnie, kto go zamówił, ale ponieważ w dolnym rogu wśród osób adorujących Trójcę Świętą rozpoznać można grupę świętych węgierskich, można przypuszczać, że fundatorem był ktoś z naszego kraju.

Większość przestrzeni empory zajmuje potężna szafa organowa. Już w XIX wieku planowano umieścić tutaj instrument, w jednym z najlepiej brzmiących akustycznie punktów kościoła. Ostatecznie jednak zbudowano go dopiero w 1984 roku.

Spoglądając stąd w stronę wejścia, widzimy także wielkie organy na przeciwległej emporze – ich neogotycką obudowę zaprojektował Frigyes Schulek, aby harmonijnie wkomponowała się w wystrój wnętrza. Sam instrument wielokrotnie wymieniano i rozbudowywano.
Na dole, przy wejściu do zakrystii, znajdziemy jeszcze jeden stół gry – dodatkową klawiaturę sterującą. W rzeczywistości wszystkie trzy pulpity sterują tym samym instrumentem – liczącym aż 7771 piszczałek! Najmniejsza mierzy zaledwie centymetr i waży kilka gramów, największa ma ponad 10 metrów długości, waży 175 kg i aby się zmieściła, została… zwinięta niczym rura. Wygląda jak dziecięca zjeżdżalnia – nietrudno sobie wyobrazić, że mały chłopiec mógłby do niej wejść.
To największe organy w Budapeszcie i drugie co do wielkości na całych Węgrzech.

Muzyka od zawsze miała tu wyjątkowe znaczenie – wiemy, że już król Maciej posiadał własny stały chór. W 1867 roku, podczas koronacji Franciszka Józefa, w tej świątyni wykonano po raz pierwszy „Mszę koronacyjną” Franciszka Liszta, której sam kompozytor przysłuchiwał się z empory organowej. W 1936 roku tu również odbyło się prawykonanie „Budavári Te Deum” Zoltána Kodálya, napisanego na 250. rocznicę wyparcia Turków.

Do dziś kościół Macieja jest ważnym centrum muzycznym – regularnie występują tu chóry, organiści i zespoły kameralne z Węgier i z całego świata.

Naszą trasę zwiedzania kontynuujemy teraz przez sale im. Béli nad kaplicami, gdzie mieści się muzealna ekspozycja. Na końcu empory spiralne schody prowadzą nas z powrotem na dół, do podnóża Wieży Béli.

15. Brama Mariańska

Pożegnajmy teraz wspaniałe wnętrze Kościoła Macieja i wyjdźmy przez Bramę Mariańską, przez którą rozpoczęliśmy naszą wędrówkę.

W przedsionku czekają na nas dwa piękne malowidła ścienne autorstwa Bertalana Székelya, tworzące wymowną, symboliczną parę.

Na pierwszym widzimy wygnanie Adama i Ewy z Raju, na drugim zaś Chrystusa, który na progu piekieł prowadzi odkupioną parę ludzką ku życiu wiecznemu.

Oryginały zostały zniszczone podczas II wojny światowej. Udało się je jednak odtworzyć na podstawie starych, czarno-białych fotografii, dlatego obecne kopie wykonano w technice odcieni szarości.

Ale największą wartością tego miejsca nie są XIX-wieczne freski, lecz sama Brama Mariańska i jej rzeźbiony tympanon – jeden z najważniejszych zabytków średniowiecznej architektury i rzeźby sakralnej na Węgrzech.

Los tego gotyckiego portalu nie był łatwy.
Przez wieki był zamurowany, później przebito w nim drzwi i okna. Kiedy w końcu XIX wieku Frigyes Schulek podjął się rekonstrukcji, część figur była już zniszczona albo w bardzo złym stanie – dlatego niektóre postacie odtworzono częściowo lub wyrzeźbiono całkowicie na nowo.

Niestety także to XIX-wieczne odtworzenie zostało poważnie uszkodzone podczas II wojny światowej. Dlatego w latach sześćdziesiątych XX wieku przeprowadzono kolejną rekonstrukcję, tym razem kładąc nacisk na oryginalne elementy średniowieczne. Podczas ostatniego remontu najstarsze rzeźby zastąpiono kopiami, których oryginały możemy oglądać w bocznej gablocie.

Kompozycja ukazuje Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny, w formie dość nietypowej dla współczesnego odbiorcy.
Maryja nie leży na łożu śmierci, lecz klęczy na modlitwie w otoczeniu 12 apostołów. Jej wniebowzięta dusza ukazana jest symbolicznie – jako małe dziecko trzymane w ramionach Chrystusa.

To piękny obraz – i piękny symbol: w jednym portalu spotykają się oryginały z XIII wieku, rekonstrukcje XIX-wieczne i współczesne kopie XXI wieku.
Razem tworzą dzieło, które w wyjątkowy sposób opowiada o ośmiu stuleciach naszej historii. Tym akcentem kończymy nasz spacer po kościele Macieja. Mamy nadzieję, że już wkrótce znów spotkamy się tutaj – w tej niezwykłej świątyni, która od wieków jest sercem Budy i całych Węgier.